Rodzicielstwo

Życie M. zawsze układało się tak, jak to sobie zaplanowała. Najpierw kończy wymarzone studia, podczas których poznaje równie wymarzonego faceta, a później oficjalne oblewa magisterkę w gronie najbliższych znajomych i przyjaciół. Następnie udaje się na wycieczkę, gdzie nieopodal szemrzącego strumyka dochodzi do romantycznych zaręczyn. Ledwośmy się ogarnęli z pierścionkiem pobłyskującym na palcu szczęśliwej M., a tu szast-prast i w skrzynce na listy znajduję zaproszenie na ślub z hucznym weselem na 200 osób, mięsiwami, winami i fontannami czekolady na dobicie.

Hipotetycznie nic nie miało się zmienić. Hipotetycznie. Jednak życie nie wyglądało już tak, jak wcześniej. Na babskie wieczory przychodzić zaczęła z mężem, który nudził się śmiertelnie przy słuchaniu babskich plotek, a pewnego razu nawet zasnął przy stole. Czasem nie przychodziła wcale, bo mąż w domu, to i ona sobie posiedzi. Cóż, przełykaliśmy kolejne odmowy ze stoickim spokojem. Niech się nacieszą gołąbeczki, no bo kiedy, jak nie teraz? Gdy zdawać by się mogło, że sprawy towarzyskie zaczynają wychodzić na prostą, to nagle rozdzwoniły się telefony i buchnęła radosna nowina, że nas PRZYBĘDZIE. I tak oto pani M. stała się nie tylko ŻONĄ, ale i MATKĄ.

Wieść uradowała wszystkich, toteż wszyscy pielgrzymowali z prezentami, by powitać młodocianego na świecie. Wszyscy się zachwycali, wszyscy popiskiwali i zadawali mnóstwo pytań, czując jednoczesny niepokój, wynikający ze zmian, które miały nadejść. Wszak nie tylko dziecko należy oswajać z całym otoczeniem, ale owe otoczenie również musi mieć czas na przystosowanie.

Jennie Pyfferoen

Fot. Jennie Pyfferoen

10 miesięcy później spotykam się z M. przy kawie. Tydzień temu obgadałyśmy już chyba wszystko, co było do obgadania, więc siedzę tak trochę z przymusu. W głębi duszy czuję, że jednak muszę zacisnąć zęby i ponownie słuchać o wyżynających się ząbkach, bo oto M. pierwszy raz w dziejach ludzkości NARZEKA. Gryzę cynamonowe ciasteczko i zerkam subtelnie na jej zmęczone oblicze. Widzę podkrążone oczy, suche dłonie, wychudłą sylwetkę. Wiem, że gdyby miała możliwość, to zasnęłaby na tym stoliku nie patrząc na nic. W torebce, w której nie tak dawno przemycała butelkę wina, by wraz z koleżankami urwać się z wykładu i iść poleżeć na trawie nad Wisłą, walają się teraz nawilżające chusteczki, kukurydziane chrupki i kawałki bułeczek z jabłkiem. Jeszcze do niedawna myślałam, że takie rzeczy to tylko w filmach. Tymczasem jakieś małe, mokre od śliny łapki ciągną mnie za włosy. Hmm… Jak to jest, że uczymy się tak wielu różnych rzeczy, chodzimy na kursy wizażu, fotografii, obsługi komputera i zarządzania czasem, a nikt nie uczty nas tak fundamentalnej sprawy, jaką jest RODZICIELSTWO?

Patrzę na M. z rosnącym podziwem. Nie wiem, czy sama bym potrafiła. Pewnie tak, choć gdy tylko o tym pomyślę ogarnia mnie przerażenie. Zdecydowanie nie jestem jeszcze gotowa na takie wyzwania. No ale z drugiej strony… kto jest?

M. kończy swój sok marchewkowy. Mały zaczyna się niecierpliwić, więc idziemy pooglądać rybki akwariowe w pobliskim sklepie zoologicznym. Strzał w dziesiątkę! Zainteresował się czymś na dłużej. Młoda mama kontynuuje wywód i narzeka sobie dalej, tym razem na męża. Układam usta w dziubek, wyraźnie zaintrygowana. Pierwszy raz od ośmiu lat słyszę, że pan B. nie jest taki idealny. Pracuje – fakt. Jednak dzieckiem zajmuje się mało i głównie wtedy, gdy synek ma dobry humor. Jak tylko zacznie płakać, to ucieka przed ekran komputera, pałaszując po drodze ugotowany przez żonę obiad. Później idzie spać i tyle go widzieli.

Zapada cisza, przerywana od czasu do czasu radosnym popiskiwaniem młodego panicza, któremu w oko wpadła wielka, żółta ryba. Mój mały móżdżek próbuje przetrawić wszystkie informacje. M. zaczyna się powoli zbierać, bo karmienie, bo spanie, bo ten nieszczęsny obiad trzeba nastawić. Kurcze. Ja to bym chyba szybko wszystkich poustawiała. Jakiż to problem zostawić gościa samego z dzieckiem na cały dzień, by zobaczył z czym to się je? M. przyznaje, że opcja jest kusząca, ale raczej nie mogłaby znieść myśli, że małemu grozi śmierć głodowa. O, instynkcie macierzyński!

Wróciłam do domu. Im częściej spotykam się z M., tym bardziej zmieniają się moje poglądy na temat rodzicielstwa. Coraz mniej landrynkowości, coraz więcej nieprzespanych nocy i brudnych pieluch. Lekkie drżenie rąk, gdy człowiek uświadamia sobie wagę sytuacji. Mimo wszystko, na koniec grymaszenia i puszczania baniek ze śliny, młody gentelmen wyciąga pulchną łapkę przed siebie, by pierwszy raz w swoim krótkim życiu zrobić cioci „papa”. Z przecieków wiem, że całkiem niedawno nauczył się mówić „mama” i „baba”. Czyż to nie jest największą nagrodą?

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Rodzicielstwo

  1. Totalnie nie rozumiem kobiet, które pod wpływem miłości zmieniają swoje życie. My z mężem nie mamy problemu wychodzenia osobno, no bo po co ja mu przy kolegach z którymi gada o grach, czy on mnie gdy siedzę z koleżankami i rozprawiamy na jego nie interesujące tematy?
    Dla mnie związek powinien mieć przestrzeń.
    Co do rodzicielstwa to wypowiem się jak zasmakuję. W moim towarzystwie bliskim nie ma jeszcze dzieci, toteż zdania mi brak.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s